divendres, d’abril 21, 2006

TRADUCCIONS 1

Comencem amb una sèrie de traduccions. Durant uns dies, els estudiants s'han enfrontat a alguns contes de Carme Riera, pertanyents al llibre Te deix, amor, la mar com a penyora (1975). Tindrem diverses versions d'alguns contes, i considero que aquest fet enriqueix el debat sobre el tema de la traducció.

Malgrat el que considerin alguns teòrics, no podem creure que existeix d'una manera sistemàtica l'equivalència entre llengües, i això és també el que demostren aquestes traduccions.

Comencem amb un conte que ha portat força complicacions pels aspectes culturals que contenen i que són ben difícils de traslladar en una altra llengua. Parlem de “Era el seu pa de cada dia”. Alguns elements: taules de marbre (que podíem trobar antigament en els bars de poble), “carajillo”o cassalla, o també una llesca de pa sucada amb oli, són aliens en una cultura com la polonesa. D'aquesta manera podem veure dues traduccions diferents, en una hi ha el pas de canviar aquests elements, tenint en compte el receptor de la llengua d'arribada, mentre que en l'altra es conserven aquests elements, optant així pel pes de la llengua de sortida. No cal dir que aquest exercici desemboca en una reflexió sobre aquest exercici complicat de traduir textos i, en el fons, cultures.

To był ich chleb powszedni

O zmierzchu weszli do kafejki na przedmieściach. Wcześniej szli bardzo długo, w ciszy, małymi uliczkami, oddalając się od miasta. Ludzie, widząc ich objętych, patrzących sobie w oczy, bez trudu odgadywali, że się kochają, jak w historiach z dawnych lat kochali się Jan i Małgorzata.

Patrząc sobie w oczy, poznawali kolory rzeczy i nadawali gwiazdom nowy blask. Wir snów jeszcze nie rozpoczętych oślepiało pragnienie świtu i wiosny.

Weszli do kafejki na przedmieściach. Siedząc przy marmurowym stole, ze splecionymi dłońmi, wyczuwali niebieskie żyły pod jedwabną skórą. Róże wrastały im w usta. A każdy pocałunek niósł z sobą tęsknotę za kolejnym dreszczem rozkoszy. Wymyślali miodowo-cukrowe imiona: obłoki bawełny, góry czekolady, ośnieżone śmietanowo-maślane pejzaże. To głód był źródłem, pierwszym rozpoznaniem miłości. Byli młodzi i piękni, i się kochali.

W kafejce na przedmieściach – w kafejce, gdzie ludzie wracający z pracy zatrzymywali się, by wypić małą mocną kawę z koniakiem czy szklaneczkę bimbru – para zakochanych. Zbliżył się kelner i zapytał, czego sobie życzą. Odpowiedzieli mu jednym głosem, identycznym tonem:

Poprosimy kromkę miłości nasączoną oliwą; to nasz chleb powszedni.

Traducció: Katarzyna Nocoń

TO BYŁ ICH CHLEB POWSZEDNI

Wieczorem wstąpili do baru na przedmieściach. Długo już szli w ciszy, oddalając się od miasta. Ludzie, widząc ich w objęciach, patrzących sobie w oczy, odgadywali zupełnie bez wysiłku, że się kochają, tak, jak w dziecięcych bajkach kochali się Jaś i Małgosia.

Spoglądając sobie w oczy, poznawali barwy przedmiotów i nadawali gwiazdom nowy blask. Wir snów, jeszcze nie rozpoczętych, oślepiało pragnienie świtu i wiosny.

Wstąpili do baru na przedmieściach. Siedząc przy drewnianym stoliku, ze splecionymi dłońmi, wyczuwali błękitne żyły pod skórą jak z jedwabiu. Ich usta rozkwitały różami. A w każdym pocałunku kryła się cała tęsknota za nowym doznaniem. Wymyślali nazwy pełne słodyczy: bawełniane obłoki, czekoladowe góry, ośnieżone krajobrazy z masła i śmietany. To głód był źródłem, pierwszym rozpoznaniem miłości. Byli młodzi i piękni i się kochali.

W barze na przedmieściach – w barze, gdzie zatrzymywali się mężczyźni wracający z pracy, aby napić się piwa – para młodych ludzi. Podszedł do nich kelner i zapytał, czego sobie życzą. Odpowiedzieli mu identycznym tonem, patrząc w ten sam sposób:

Proszę nam przynieść kromkę miłości posmarowaną masłem. To nasz chleb powszedni.

Traducció: Marta Świątek